niedziela, 28 czerwca 2015



  żadne pytanie
                NIE MOŻE pozostać
                                   bez odpowiedzi

piątek, 26 czerwca 2015

ROZDZIAŁ 30 ZAKOŃCZENIE CZĘŚCI DRUGIEJ

          ''Ostatnie starcie"

Stała tam i wpatrywała się w dal. Po jej prawej stronie stała Ros. Dowodziła Armią Wróżek. Na razie wyglądają jak zwykli ludzie, ale wiedziała, że kiedy zacznie się wojna odsłonią swe skrzydła i swe prawdziwe oblicza.
Po lewej stały elfy pod wodzą jednego z nich, wysokiego, bladego mężczyzny z włosami splecionymi w warkocz.
Za nią zaś stali armia z Arendelle, sąsiednich królestw i zaprzyjaźnionych hrabstw. Byli tam również jej przyjaciele. Widać było na ich twarzach zdenerwowanie. Cały czas to rozglądali się, to uśmiechali cierpko nawzajem.
Kilka godzin wcześniej, jeszcze w nocy, kobiety, dzieci, chorzy i starsi ludzie zostali wysłani do podziemi, gdzie Isabell wraz z Władczyniami, Elsą i Jack'iem stworzyli niezniszczalną, lodowo-magiczną barierę. Nikt nie będzie mógł jej zdjąć, prócz tych, którzy ją stworzyli. Czyli jedynym warunkiem było to, że wszyscy musieli przeżyć.
Do Is podbiegł niewysoki chłopak z rozczochraną czupryną.
-Idą!-krzyknął z daleka.-Nadchodzą z północy.
 Jeden z wróżów przyprowadził jej konia. Potem podszedł do Ros i przytulił ją. Nie lubiła walczyć z tego zwierzęcia, ale po pierwsze tego wymagała tradycja, a po drugie stali na wzgórzu i zejście kosztowało by ją dużo sił i mogła by się poranić.
Kiedy usiadła na konia odwróciła się w stronę armii. Chciała coś powiedzieć, wesprzeć, wspomóc, ale głos całkowicie ugrzązł jej w gardle i nie była w stanie nic wydusić. Zaraz podbiegły do niej Nieznane i krzyknęły tak, że ich głos niósł się do ostatniego rzędu ludzi:
-Macie bronić Władczynię! Za wszelką cenę! Za Władczynie!
-Za Władczynię!-opowiedzieli wszyscy.
Potem dowódcy elfów i wróżek powtórzyli słowa w swoim własnym, ojczystym i odmiennym języku.
Kiedy Is to usłyszała zrobiło jej się ciepło w sercu.
-Prowadź do...-przerwała Is, bo chłopak, który wcześniej powiedział skąd nadchodzi armia Jasona, zniknął. To kolejna jego sztuczka. Tylko...Co on kombinuje?
-Jakie rozkazy?- przerwał jej myślenie Raphael, który również był na koniu jako jej główny dowódca.
-Przepraszam, zamyśliłam się. Na razie macie zostać. Kiedy Jason pojawi się na horyzoncie...
-Isabell!!!-krzyknął nagle Jason z oddali. Ledwo było go widać spoza horyzontu, ale głos wydawał się być tuż obok nich.-Ty nędzna żmijo! Chciałaś wojny?! To ją masz! I wiesz co? Skoro moi kruczy przyjaciele zostali przez ciebie zamordowani, będziesz walczyła z samą sobą!
Oszalał?! Jak ma walczyć z samą sobą?
-Ustawić się pod wzgórzem!-rozkazała szybko.-Wróżki patrolują z lotu! Elfy walczą! Tak samo jak ludzie! Wykonać!
Oczywiście wszyscy się posłuchali niezależnie od rasy. Kiedy dotarli już na dół Isabell zrozumiała. Przed nimi stała armia identyczna jak jej. Każdy człowiek, elf i wróżka była idealnie odwzorowana. Nawet ona sama stała po drugiej stronie.
Stworzył kopie...Kopie wszystkich....Jak miała pokonać siebie?
Walczyła. Siekała mieczem i starała się za wszelką cenę pokonać...siebie. Jednak ta druga walczyła identycznie jak ona. Musiała....musiała znaleźć rozwiązanie. Musiała pomóc innym. Tylko ona mogła ich uratować.
Wzleciała w górę z wiatrem. Ta druga oczywiście powtórzyła ruch. Spojrzała ''na samą sibie''. Jeszcze kilka lat temu była normalna. Młoda, niska...z włosami po same kolana. Teraz była taka...dorosła... ale nadal pozostał jej nos. Nigdy go nie lubiła. Był czymś, co zawsze jej przeszkadzało mimo, iż nigdy się do tego nie przyznawała. Nos...Nie doskonałość...No tak! Aby ją pokonać trzeba było użyć własnych słabości! Isabell dokładnie wiedziała co nimi  jest. Plecy! Nigdy nie potrafiła obronić ich i zawsze na ćwiczeniach została ''zabita'' właśnie w plecy.
Wzleciała wyżej, nad ''siebie'' a potem odwróciła się plecami. Szybkim ruchem obróciła miecz i wbiła go prosto w plecy. Postać rozpłynęła się w powietrzu. Pokonała ją. Pokonała własną siebie....
-Użyjcie swych słabości!-krzyknęła w dół. Była pewna, że usłyszał ją każdy, bo postacie zaraz zaczęły znikać.
Osunęła się w dół. Dopiero teraz ujrzała skutki bitwy Mnóstwo ludzi leżało teraz martwych. Brutalnie zamordowanych przez siebie samych. Dodatkowo, żeby było ciekawiej, Jason co chwila tworzył coraz to kolejne przepaście, w które wpadali niektórzy ludzie. Sobowtóry zmarłych atakowały każdego człowieka, którego napotkały.
Czas nagle się zatrzymał, a właściwie zwolnił dla Isabell. Widziała jak Raphael próbuje uporać się z samym sobą i trzema innymi ludźmi. Jak Jack pomaga Elsie z samym sobą. Jak Astrid i Czkawka wraz ze smokami atakują się bez skutku. Widziała rany Nieznanych. Widziała krew. Widziała śmierć. Coś kazało jej spojrzeć do tyłu. Obejrzała się przez ramię. Piękna Ros walczyła z lotu. Radziła sobie doskonałe. Ktoś podszedł do niej z tyłu z mieczem. Is myślała, że chce ją zabić, ale dopiero potem spostrzegła, że mężczyzna celuje w jej skrzydła. Jeden szybki ruch i Wróżka została pozbawiona skrzydeł. Opadła bezwładnie, ale w ostatniej chwili złapał ją wróż, który wcześniej ją przytulał. To musiał być jej narzeczony.
Czas znów przyśpieszył. Isabell zdecydowanie chciała podejść do Ros i jej pomóc. Jednak wściekłość wzięła nad nią górę. Szła do Jasona. Nie chciała go zabić chciała zapytać: Dlaczego?
Popatrzyła mu prosto w oczy. Widziała w nich...coś. Jakieś zło, którego nie miał wcześniej. Gdy ona podchodziła, on się oddalał. Prawie wpadł w swą przepaść, ale Is stanęła w odpowiednim momencie. Już otwierała usta, kiedy narzeczony Ros wybiegł przed nią z mieczem:
-Zabiłeś mi narzeczoną!-krzyknął. Nie trafił go , bo Jason zrobił unik. Jednak poślizgnął się i wpadł w przepaść.
-Zabierzcie go!-krzyknęła Is wskazując na wróża. Krzyczał coś jeszcze, ale nie słuchała, tylko od razu podbiegła do Jasona.
-Isabell...-mówił. Teraz był jakiś...inny...-Żyjesz...To dobrze...
-Jason...?-powiedziała tylko zaskoczona dziewczyna.
-Cii...Narobiłem poważnych szkód? Przepraszam nie byłem sobą....Uważaj. Proszę cię uważaj. Niech Raphael cię pilnuje. Wiem, że będzie o ciebie dbał. Isabell....Jesteś taka piękna...Isabell...Masz takie śliczne imię...Uważaj. Nie byłem tu bossem w tej grze. Poznasz wroga. Ale proszę uważaj...
-Nie puszczę cię, rozumiesz? Nie dam ci odejść...
-Musisz... Isabell najważniejsze, żebyś ty żyła. Żegnaj, Isabell o miłości mojego życia.
Puścił się ręki Is i wpadł w przepaść. Zginął. Nie chciała tego. Płakała, ale podbiegła zaraz do Ros. Leżała nieprzytomna. Z pleców ściekała jasna krew. Jej narzeczony płakał i trzymał ją za rękę, cały czas powtarzając: Ros! Ros!
Isabell zbadała jej puls.
-Będzie żyła. Bez skrzydeł, ale będzie żyła.-powiedziała. Wróż zaczął płakać jeszcze rzewniej.-czemu płaczesz? Powinieneś się cieszyć.
-Ona nie ma skrzydeł. Nie jest wróżką-mówił.- Nie mogę się z nią ożenić. Prawo zabrania. Straciłem moją ukochaną na zawsze.
Isabell podniosła się z ziemi. Dopiero teraz, kiedy jej najlepsza przyjaciółka została pozbawiona swojego dotychczasowego życia zrozumiała. Zabijała jak bezwzględny morderca. Była okrutna. Ktoś obok niej rzekł: Koniec wojny. Ona się nie cieszyła. Ona była smutna. Płakała. Teraz chciała już tylko płakać. Opadła na ziemię i zanurzyła się w swej depresji.

I koniec naszej 18-sto letniej Isabell. Za tydzień lub wcześniej pojawi się część trzecia, ostatnia. Zmiany na blogu nastąpią jak zawsze. Warto wchodzić codziennie na bloga, bo będę codziennie dodawała jakieś wskazówki (zagadki), które uzupełnią wyrwę pomiędzy drugą a trzecią częścią.
Teraz proszę was o jedno. O to, żeby każdy z was dokładnie skomentował część drugą i ten rozdział. Na koniec chcę usłyszeć od was coś miłego (liczę na długie komentarze) :)
Ale to nie koniec niespodzianek. Jak już mówiłam założyłam bloga o JELSIE!!! Na razie strona jest bardzo nie dopracowana, a sam prolog wyjaśnia tylko przeszłość....Z dalszymi rozdziałami przekonacie się, że jednak będzie ciekawiej. Możecie spotkać go na: http://wakacyjnyblogjelsy.blogspot.com/

          ŻYCZĘ MIŁYCH WAKACJI!!!!!

środa, 24 czerwca 2015

Rozdział 29

                  ''Przed burzą''

  Był zimny wieczór. Wszystko było już gotowe. Broń, ludzie, zwierzęta... Już jutro miała wydarzyć się bardzo ważna wojna, a może najważniejsza... Ponury nastrój udzielał się wszystkim.
  Astrid stała przy oknie dotykając brzucha. Było ciemno, a jasne światło Księżyca padało na nią i oświetlało jej twarz. Uśmiechnęła się, gdy poczuła ciepły dotyk dłoni na ramionach.
-Jak się czujesz?-odezwał się ciepły męski głos.
-Jutro ma odegrać się bitwa z jakimiś ciemnymi, strasznymi potworami. Boję się, ale jest dobrze.
-Nie dam cię skrzywdzić. Ani ciebie, ani naszego dziecka. Dlatego...nie polecisz.
-Co?
-To zbyt niebezpieczne, jeżeli jakiś stwór zrobi to ponownie, możesz nie przeżyć. Martwię się o ciebie. Zostaniesz tu, choćbyś nie chciała.
-Czkawka...
-Nie chce słyszeć żadnych próśb. Zostajesz i koniec.
-Kiedy się urodziłam, zamiast grzechotki dostałam mały sztylet. Wychowywałam się wśród chłopaków, aż w końcu stałam się lepsza od nich. Nikt nie był w stanie mnie pokonać. Aż trafiłam na  szkolenie i wiesz co? Gdyby nie ty, nie powiedziałabym teraz tego. Chce iść, za względu na ciebie. Kocham cię i nie chcę, żeby coś ci się stało. Poza tym już dawno nie byłam na porządnej bitwie.
-Astrid...
-Pozwól mi, proszę.
Czkawka zniżyła się do brzucha dziewczyny. Delikatnie go dotknął.
-Jesteś jeszcze taki malutki, albo malutka.-rzekł.-Ale wiesz co, na pewno będziesz jak mama.
Pocałował brzuch i podniósł się.
-Jesteś uparta. No dobrze, ale masz trzymać się blisko mnie, jasne? A teraz mnie pocałuj.



Elsa wyszła na tyły zamku. Zawsze to robiła, kiedy czuła silne emocje i musiała się wyżyć. Swoją mocą stworzyła śnieżną kanapę, a także pokrywę z miękkiego puchu. Położyła się i dała się ponieść emocjom. Zamknęła oczy i oddychała miarowo. Wdech, wydech, wdech, wydech...
-Co jest piękna?-zaczepił nagle chłopak siedzący na gałęzi najbliższego drzewa.
-Jack-usiadła od razu Elsa.-Co tu robisz?
-Nie mogę patrzeć jak moja ukochana się martwi...
-Wcale się nie martwię...
-Hm...Przychodzisz tu zawsze wtedy, kiedy się denerwujesz. A poza tym ten śnieg...Wygląda trochę nerwowo. Tak, na pewno się nie martwisz.
-Och, wiesz o co mi chodzi.
-Właśnie nie wiem-zeskoczył z drzewa i podszedł do Elsy. Kucnął i złapał ją za dłonie.-Powiedz, co cię gryzie.
-Isabell jest mądrą i dzielną Władczynią, ale nic nie wie o życiu. Nie ma dziecka, jej matka prawie umarła, a ona sama ma tylko Raphaela, który potrafi o siebie zadbać. Wywołując taką wojnę naraża życie tysiąca ludzi, w tym nas. W tym nasze dziecko.
-Wiesz, że prędzej czy później i tak by nastąpiła. Nie miała wyboru. A poza tym Eira pójdzie z ludźmi i mateczką do podziemi. My  wygramy wojnę i wszystko będzie dobrze.
-Ale...
-Żadnych ale! Proszę przestań się przejmować, dobrze. Proszę.



Isabell była przerażona wizją bitwy. Ile ludzi miało zginąć? Ile musiała oglądać śmierci? Jak Jason mógł się tak zmienić?
Z oczu poleciały jej łzy. Bała się i nie miała nikogo, kto mógł by ją teraz pocieszyć. Otarła łzy dłonią. Położyła się na łóżku i zamknęła oczy. Nie mogła jednak spać. Wstała i podeszła do okna. Odsłoniła je i popatrzyła na Księżyc. Uśmiechnęła się cierpko. Nie chciał rozmawiać. Zasłoniła okno. W tym właśnie czasie drzwi jej komnaty otwarły się. Wszedł przez nie Raphael.
-Nie przeszkadzam?-rzekł.
-Nigdy nie przeszkadzasz.-odrzekła Isabell z uśmiechem.
-Jak się czujesz?
-Nie pytaj. Nie powinnam uciekać. Nie byłoby tego problemu.
-Daj spokój. Nie miałaś wyboru, a nawet jeśli byś tam została przyszedł bym po ciebie, wiesz to.
-Boję się.
-Posłuchaj. Po pierwsze, jestem twoim głównym strażnikiem. Po drugie kocham cię. Z obu tych powodów nie dam cię skrzywdzić. Jeżeli tylko ktoś choćby to ciebie się zbliży, zabiję go. Po za tym dobrze cię wyszkoliłem. Uczeń przerósł mistrza.
Isabell zaczęła płakać. Tym razem ze szczęścia. Przytuliła się do niego.
-Hej, nie płacz.
Ich usta zbliżyły się. Aż w końcu utonęli w miłosnym pocałunku. Is nie chciała tego przerywać, ale wiedziała, że ma jeszcze jedną sprawę do załatwienia.
Poszła do komnaty, gdzie ''spała'' matka. Podeszła do jej łóżka. Kobieta wyglądała na martwą. Jej klatka piersiowa ledwo co się ruszała. Cała była zimna, Elsa zamroziła ją, by przeżyła.
-Cześć mamo. Tyle się stało, odkąd ostatnio rozmawiałyśmy. Mam...chłopaka, ale nie Jasona. Elsa ma córeczkę, Astrid jest w ciąży. Ale ty nawet nie wiesz, że zostałam Władczynią. Brakuje mi ciebie mamo. Ale wiem, że nie wrócisz. Pogodziłam się z tym. Kiedyś powiedziałaś, że jeśli kogoś kochasz, musisz dać mu odejść. Kocham cię, a kiedy odejdziesz, nie zostanie mi już nikt. Ale nie chcę, abyś się tu męczyła.
Odsłoniła okno.
-Księżycu! Pomóż mi!
Przenieśli się na wysoką górę, z której było widać wszystko-zamek, miasto, lasy i pola.
-Tu będziesz wszystko widzieć. Będziesz widzieć mnie.
Usunęła lód. Umarło od razu. Szybko odeszła. Isabell wraz z księżycem zamknęli jej ciało w magicznej trumnie, przez którą było ją widać. Była wtedy nie zniszczalna.
Jeszcze długo płakała. Ale musiała się pozbierać, bo miała nastąpić bitwa.



Jaki długi!!! Mam nadzieję, że nie zanudzi i nie zdołuje was za bardzo. Już w piątek nastąpi oficjalne otwarcie bloga o Jelsie. Chętnych serdecznie zapraszam!!! Jeżeli pojawią się jakieś błędy, aloe wróciłam zmęczona z wycieczki i po kilku godzinach snu, nie jestem zdolna do sprawdzenia wszystkiego.

piątek, 19 czerwca 2015

Rozdział 28

                    "Ucieczka''

Jestem głupia!!!-krzyczała na siebie w myślach Isabell.-Jak mogłam jej przerwać. Teraz nic już nie wiem. Ale...
Czułą się inaczej. Tysiące, a nawet miliony dusz... Wiatr we włosach... Nadchodzącą moc...To właśnie czuła. Wszyscy dotychczasowi Władcy i Władczynie byli teraz jednością.
 Isabell wstała, a wraz z nią odłamki Łzy. Stały się teraz większe i błyszczały. Wirowały wokół niej. Isabell zamknęła oczy i dała się ponieść magii. Wyciągnęła rękę, a na nią spadł jeden z odłamków. Zaświecił jasnym światłem. Był miękki w dotyku. Trochę, jakby dotykała wody. Podniosła rękę i dołączył do reszty.
-Wydostańmy się stąd-powiedziała Is.
Szła przez korytarze. Nikt nie stał jej na drodze. W końcu jednak stanął przed nią Jason ze swymi potwornymi stróżami.
-Dokąd się wybierasz kochanieńka?-powiedział ze złośliwym uśmiechem.- Nie zostajesz z nami?
-Nie mam zamiaru. Odejdź, albo cię zabiję.
-Ha ha ha! Ty?! Mnie?! Jeszcze kilka dni temu skamlałaś pod moimi stopami jak pies. A teraz? Chcesz minie zabić? Chłopaki-bierzcie tą wariatkę.
Stwory z uśmiechem, jeżeli można to tak nazwać, podeszły do niej. Nawet nie musiała nic robić. Niektóre odłamki poleciały prosto na nich. Niczym ostry sztylet wbiły się w ich serca. Stwory zaczęły wydawać przerażające dźwięki, piszczały a z ich ciał wydobywał się czarny dym. W końcu padły na ziemię i zamieniły się w...kruki.
Isabell trąciła czubkiem buta truchło zwierząt. Uśmiechnęła się zwycięsko do oszołomionego chłopaka i poszła. Nie zatrzymywał ją, ale kiedy wychodziła krzyknął:
-Tym działaniem rozpoczęłaś wojnę! Pożałujesz tego!
Wojnę? Chciał walczyć z nią i tysiącem innych Władców? Oszalał? Teraz była silniejsza od każdego stworzenia,a on chciał z nią walczyć?
Zrozumiała. Teraz byłą sama. Nie czuła już mocy, nie czuła dusz, ani wiatru. Była sama. Nie miała nawet na szyi Łzy Pradziadów. Pomogły...-pomyślała.
Szybkim tempem udała się na zamek. Przywitał ją Raphael, a także przyjaciele, których tak bardzo jej brakowało. Spojrzała na swoje ciało. Żadnych ran, zadrapań...Wszystko zniknęło. To dobrze. Przy najmniej Raphael nie będzie wariował mówiąc, że zabije Jasona.
Po kilku godzinach doszła już do siebie. Kazała zwołać wszystkie zaprzyjaźnione wojska i ludzi, a także wróżki i elfy. Ciężko było przekonać ludzi do współpracy z magią, ale w końcu Isabell jakoś dała radę. Rzuciła na wszystkich czar mający obronić ich przed śmiercią. Wiedziała jednak, że nie potrwa on długo i prędzej czy później będzie musiała pogodzić się ze śmiercią...


Zostały tylko 2 rozdziały?! Jak ten czas leci! Dziękuję bardzo za komentarze, za to że jesteście tak pięknie aktywni. Bardzo za to dziękuję. A teraz pytanie dotyczące blogu o Jelsie: Wolicie historie Jack'a i Elsy w teraźniejszości, czy przeszłości? Jak zwykle osoby chętne piszą odpowiedź wcześniej dając [J]. A przy okazji zapraszam do mojego sklepu, gdzie pojawił się już nowy asortyment :)



środa, 17 czerwca 2015

Rozdział 27

         "Wielka tajemnica''
Czuła się lepiej. Po omdleniu Jason kazał swym potwornym sługom zanieść ją do komnaty. Dostała mniej łańcuchów, bez kolców. Teraz leżała na podłodze. Co chwile otwierała i zamykała oczy. Była bardzo zmęczona ale bała się zasnąć. Mógł znów zesłać na nią jakiś koszmar. Dlatego odpoczywała przez sekundę zamykając oczy. Chciała...Musiała się wydostać. Jak? Sama? Bez wsparcia, magii, broni....Z potwornymi ranami na ciele... Ale jakoś musiała się wydostać i zaprzestać działania Jasona raz na zawsze. Tylko...jak?
Przekręciła się na lewą stronę. Każdy ruch był dla niej wysiłkiem, ale nie mogła cały czas leżeć w jednym miejscu. Z szyi zsunęła się jej Łza Pradziadów. Patrzyła na nią zamglonymi oczami. Dopiero po chwili zorientowała się, że wisiorek błyszczy. Nie, on świecił. Czystym błękitnym blaskiem. Wstała ożywiona. Coś było nie tak. Czy to znowu Jason i jego sztuczki?
Wpatrywała się w niego jakąś dobrą godzinę. Sama nie wiedziała dlaczego to robi, ale nie mogła oderwać od niego wzroku. Nagle, coś jakby kazało jej unieść wysoko dłoń i szybkim ruchem puścić naszyjnik. Łza roztrzaskała się na miliony kawałeczków, a ze środka uwolniły się małe, świecące obłoczki.



Nie wiedziała gdzie była. Nie była pewna co widziała. Wszystko wokół wirowało, tak jakby ona była w centrum. Zbliżył się do niej jeden z obłoczków. Po chwili, z wielką szybkością wleciał prosto w nią.

Widziała piękne fioletowe pola a na nich pół przeźroczystą, kobiecą postać. Patrzyła na nią i uśmiechała się.
-Jak ty wyrosłaś!-powiedziała postać. Miała spokojny, choć trochę piskliwy głos, odbijający się echem.-Jesteś taka piękna! Jak się teraz nazywasz?
-Znamy się? Kim jesteś? Co tu robimy? Co się stało?
-Wybacz, zapomniałam, że nie pamiętasz. I wybacz, że cię przestraszyłam. Jestem Cornelia Anna Julia Severyna Aldon. Byłam poprzednią Władczynią, to ja wybrałam ciebie odmieniając ciebie, twoje imię, życie, świat...Przedtem miałaś na imię Laura. Jak zwiesz się teraz?
-Ja...Isabell...
-Pięknie! Niestety nie mogę ci nic więcej powiedzieć. Prócz tego, co mam ci rzec. Posłuchaj mnie uważnie. Rozbijając Łzę Pradzidów uwolniłaś dusze wszystkich Władców i Władczyń. Ale o tym opowie ci ktoś inny. A właśnie odwiedzą cię dwie dusze...Jedna opowie ci o przeszłości, a druga o przyszłości. Rada dla ciebie, słuchaj uważnie, nie przerywaj i nie zadawaj pytań, chyba, że poproszą. A teraz muszę już iść. Tak mało czasu...Miło było cię poznać, Isabell! Aha i pamiętaj, przedstaw się pełnym imieniem!

Znów wróciła do wirujących, tym razem już wiedziała, dusz. Czekała, aż powtórzy się sytuacja i oddawała się szumowi...


Była na łące. Tym razem o jej stopy delikatnie uderzały ździebła trawy poruszane pod wpływem wiatru. Znów ujrzała postać. Była prawie identyczna jak poprzednia. Ta jednak była bardziej poważna i nie mówiła pierwsza czekała, aż Is się przedstawi.
-Jestem Isabell Cornelia Anna Julia Cortez-Władczyni Wszelkich Światów.
-Witam, jestem Ifigenia-pierwsza Władczyni Wszelkich Światów. Miło mi cię poznać. Mam ci opowiedzieć o przeszłości. Przejdźmy się zatem. W czasach, kiedy żyłam, wszystkie światy były jednym, wspólnym. Działo się tak dlatego, że nie było wyobraźni. Nikt nie miał marzeń, tajemnic...Wszystkie stworzenia magiczne i nie żyły w jednym miejscu, w pokoju. Ale pewnego dnia, człowiek zaczął marzyć. A marzenia stały się prawdą i rozpoczęła się era wyobraźni. Mnogość wojen i podziałów przeważała nasze siły. Ktoś musiał zapobiec dalszemu rozprzestrzenianiu się wizji. Powołali mnie na tą, która miała bronić, walczyć, pomagać... I tak się stało. Mimo iż było coraz więcej pracy, potrafiliśmy wszystko okiełznać. Człowiek jednak chciał więcej. Chciał pozbawić marzeń tych, którzy mu to zabrali. Poszedł nad wyspę nimf, następnie zabił jedną z nich, a dokładnie małe, niewinne nimfie dziecko, a z łez jej matki utworzył wisior, który dziś stłukłaś. W ten sposób zamknął mnie i moich pomocników, przyjaciół, rodzinę....Ludzie stwierdzili, że kobieta nie może rządzić i przez jakiś czas tylko mężczyźni mogli zostać Władcami. Człowiek, który miał wisior zorientował się, że tylko magia Władców i Władczyń nadaje moc Łzie, dlatego wypuścił wszystkich pomocników i rodziny... Potem człowiek umarł, a Łzę pilnowali Władcy. Dlatego tak się nazywa- Łza po małej nimfie i Pradziadów po Władcach, którzy go nosili. A teraz muszę już iść. Dziękuję, że nas uwolniłaś! Żegnaj!

 Znów była pośród wirujących dusz...

Las. Las okrywy mgłą. Taki piękny. I postać z zamkniętymi oczami...
-Jestem Isabell Cornelia Anna Julia Cortez-Władczyni Wszelkich Światów.
-Witaj. Jestem Hiacynta Amon Jazon Nicefor. Pewnie zastanawiasz się, skąd męskie imiona? To ja obaliłam władzę mężczyzn i zostałam drugą Władczynią po 10 Władcach. Jedyny dar, który chciałam uzyskać, przez ponad 1000 lat mojego panowania, to Dar Wyroczni. Potrafię odgadywać przyszłość, w tej postaci jednak jestem ograniczona i mogę odgadnąć tylko to co się wydarzy niedługo. Tak mi ciebie szkoda. Dokładnie widzieliśmy, co robił ci Jason. Mężczyźni są podli. Nie wolno im ufać. Pomożemy ci się wydostać. Cała i zdrowa wrócisz do domu. A potem...rozegra się wielka bitwa...
Postać wydała z siebie piszczący dźwięk, dopiero po chwili Is zrozumiała, że płacze.
-Co się stało? Co takiego się wydarzy?-spytała Isabell.
-Dziecko, czy nikt nie nauczył cię, że nie możesz mi przerywać? Złamałaś prawo, nie mogę ci pomóc. Żegnaj!





Uff! Ciężki rozdział! Mam nadzieję, że się podobał....Dzięki wielkie, za komentarze pod poprzednim postem, zaskoczyłyście mnie mile! Mam dobrą wiadomość! Prace nad wakacyjnym blogiem Jelsy idą pełną parą i tu pojawia się pytanie: Jak często chciałybyście, aby pojawiały się posty??? Możecie napisać liczbę dni w tygodniu lub konkretne dni....Osoby zainteresowane (komentują ten rozdział oczywiście :D) i stawiając przed [J] piszą odpowiedź. Kocham was ! :*

piątek, 12 czerwca 2015

Rozdział 26

       "Pierwszy dzień niewoli"
   Zaraz po przybyciu na stary zamek Elsy Isabell została zakuta w grube łańcuchy z kolcami. Bezduszny Jason Wpatrywał się w nią, kiedy się szarpała próbując uciec.
-To i tak nie pomoże.-mówił-Nie szarp się bo będzie bolało. Z resztą i tak będzie.Ale nie teraz.
-Po co to robisz?-powiedziała zrezygnowana Isabell.
-Dla zabawy, zemsty...nie wiem.
-Skoro nie wiesz, to mnie wypóść i daj mi wolność.
 -Nie. Jesteś teraz moją niewolnicą.I tak masz u mnie dobrze . A wiesz dlaczego? Bo powiem ci co zamierzam z tobą zrobić. Otóż najpierw pomęczę cię trochę, a pomogą mi w tym moi nowi przyjaciele. Poznaj ich.
Do komnaty weszły dwa wysokie stwory, zakryte płaszczem, przysłaniającym twarz. Wystające dzioby były długie jak u bociana, a przy końcu delikatnie skrzywionego. Były chude, a ich kościste, szponiaste palce wystawały poza rękawy szaty.
Isabell przeszedł dreszcz. Co mogły jej uczynić te straszne istoty, kiedy już na nie patrząc czuła przerażenie?
-Wyglądają strasznie nie? To pomyśl, co mogą zrobić? Przejdźmy zatem dalej. Potem będziesz mi służyć. Dopóki nie będę zadowolony. A potem? Potem pobawię się twoją miłością. A potem może przyjaciółmi? Jeszcze nie wiem. A to dopiero pierwszy dzień niewoli.

Ból. Znów go czuła. Wbijali jej gorący pręt w skórę. Piekło, jak nic nigdy dotąd. Nie mogła płakać ani wrzeszczeć choć miała na to ogromną ochotę.
Skończyli. Teraz leżała okalana w łańcuchy nie mogąca się ruszać.
Ile czasu mineło? Czy to jeszcze dzień? Czy może noc?
Wzywają ją. Pełna łez idzie swą drogą śmierci.
Jason. Każe się kłaniać. Jak to możliwe, że jest zdolny do czegoś takiego.
Czuje teraz upokożenie. Zmęczona pada na posadzkę.


Dzięki za komentarze! Naprawdę podnosicie mnie na duchu! A teraz skomentujcie, a ja idę spać...a może nie.... Aha i sorry, że taki krótki :b